Wpisy użytkownika ι ' м ¢ℓσєу ♥ z dnia 20 października 2012

Liczba wpisów: 13

klara25
 
ι ' м ¢ℓσєу ♥: Szukam cię - a gdy cię widzę
udaję, że cię nie widzę.

Kocham cię - a gdy cię spotkam
udaję, że cię nie kocham.

Zginę przez ciebie - nim zginę
krzyknę, że ginę przypadkiem...
 

klara25
 
ι ' м ¢ℓσєу ♥: -Co robisz?
-Maluję.
-A co malujesz?
-Twój strach, że kiedyś odejdę.
-Ale przecież ta kartka jest pusta.
-Widocznie wcale się tego nie boisz...
 

klara25
 
ι ' м ¢ℓσєу ♥: - dzień dobry panu, już pana nie kocham
- ach, proszę Pani, cudownie pani wygląda jak pani kłamie.
 

klara25
 
ι ' м ¢ℓσєу ♥: Jak powiedzieć jej, że ją kocham?
- Po prostu to zrób.
- Mogę na tobie wypróbować?
- Jasne.
- Kocham cię.
- Dobra, a teraz idź to jej powiedz.
- Właśnie to zrobiłem. < 3.
 

klara25
 
  • awatar four-leaf clover: Świetny blog;p Zapraszam do mnie+ obserwuj;))
  • awatar Linde-Lo: świetne! Zapraszam do siebie;) Niezmiernie miło by mi było znaleźć się w Twoich obserwowanych;):* Pozdrawiam;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

klara25
 
ι ' м ¢ℓσєу ♥:
- Nie chce pani znać stanu swego zdrowia?
- Wiem, jaki jest - odparła. - Mój stan to nie to, co widzicie w moim ciele, ale to, co dzieje się w mojej duszy.
 

klara25
 
ι ' м ¢ℓσєу ♥: Uchyliła szybę samochodu, patrząc na przemijające za nią smutne drzewa. Chyliły się ku drodze, zacierając sprzed jej oczu resztki spowitego błękitem nieba. Jej dłoń dotykała wiatru, a ona patrzyła wciąż nieobecnym wzrokiem w pustą przestrzeń. Myślała chyba o czymś, ale nie mam pewności co do tego czy naprawdę tam była. Czy czekała na chłodnym korytarzu przed gabinetem, czy liczyła minuty i przestawała oddychać, gdy tylko otwierały się drzwi... Czy przez chwilę pomyślała, że przyjmie to, tak jak każdy cios wymierzony każdego dnia w jej klatkę piersiową... A po tym wszystkim... Pójdzie dalej. Bez łez, żalu, rozgoryczenia i pustki... Że pójdzie... Wstanie i pójdzie. Jej głuche rozważania, które załamywały głębokie od cieni ściany, gwałtownie przerwał odgłos kroków na końcu korytarza. Rozbijał się o zdające się nie mieć końca, szeregi drzwi prowadzących donikąd. Siedem minut i dziesięć sekund do decyzji. Spojrzenie i słowa, tyle pamiętam... Potem patrzyłam już tylko jak zaciska wargi i odwraca wzrok, jak stara się być silna... Zniknęła na tydzień. Nikt nie zauważył jej nieobecności, ani nie zatęsknił. Nie dzwonił i nie sprawdzał czy żyje... Ktoś pisał, ale umiał jej jedynie powiedzieć, że jest żałosna. Czy była? Tego nie wiem. Na pewno czuła się zagubiona. Przesuwała rękę po białej pościeli, patrząc jak do jej żył wpływa powoli przeźroczysta ciecz bez postaci. Deszczowe chmury okryły świat za oknem, padało... A może to tylko łzy rozmyły jej misterny półświatek zmieszczony w jednym pokoju. Pod stopami nie miała już gruntu, a z dłoni spływały słowa, dotykając posadzki zabijały samotność. Wraz z nocą nieznany jej dotąd rodzaj pustki wypełnił każdy skrawek łóżka i zawisł nad nią, jak cumulusy nad wielkim gmachem szpitala. Tej nocy burza nie zatrzymała jej serca. Nie biło już od dawna. O tym, że wciąż jeszcze żyje przypominały jej jedynie nocne zastrzyki wymierzone w zmęczoną krew, zamkniętą w systemie rurek. Wraz ze wschodem słońca usłyszała wyrok. Nie bała się. Ani wtedy, ani teraz... Zmieniło się tylko jedno. Tym razem nie powtarzała bez opamiętania imion osób, które prędzej czy później stawały jej naprzeciw. Jest jeden, właściwy rodzaj zaufania. Gdy nigdy nie żałujesz tego, że powierzyłeś komuś swoje słowa. Zostało jedno imię. Nie odbierał. Związała włosy, zdjęła z szyi łańcuszek i złożyła na szafce bandanę zawiniętą wokół nadgarstka. Jej myśli uderzały w sufit... Ciemne korytarze i białe, oślepiające lampy... Daleka droga przez piętra, windy i ludzkie twarze. Milczenie. Blaszany stół, kilku ludzi w białych fartuchach, ostre przeszywające smugi światła... Zimno. Żyły bolą... Ktoś coś mówi. Elektrody, monitory, oddech zamknięty w masce... Jedna łza otuliła policzek, zamykając powieki... Dobranoc. Dwadzieścia centymetrów szwów, usunięty dysk, implanty i cztery śruby... Wszystko to poskręcane w wątłym ciałku. Czterdzieści kilogramów bólu. Znowu trzy w dół. W końcu wiedziała ile jest warta... Usilna próba ofiarowania jej życia w prywatnym ośrodku kosztowałaby ją dwadzieścia tysięcy... Sześćdziesiąt dwa tygodnie oczekiwania... Liczby, prześladowały jej świadomość.  Odzyskała ją, gdy zdjęli jej postać z metalowego blatu... Bezwład, znieczulenie ogólne wciąż jeszcze jej nie opuściło. Nie mogła oddychać, rurka od intubacji sprawiała jej ból... Nie była w stanie mówić, otworzyć oczu, poruszyć którąś z kończyn... Choć słyszała, czuła i była. Atropina, chwila świadomości i cierpienie bez granic. A potem nocne modlitwy przy drgającej żarówce. Trzecie, pierwsze kroki. I ręka oparta o blat stolika, przesuwające po wczorajszych włosach palce... Razowy chleb w ustach, ciepła herbata... I tak dopóki działają prochy. Gorset zaciśnięty wokół talii i chwiejne kroki bez celu...